piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział III

Pierwszy dzień nauki w Hogwarcie

   Al obudził się w dość dobrym nastroju, jak na tak (na początku) zły wieczór. Jednak dzięki pomocy jego kolegów z domu, poczuł się komuś bliski. Z chęcią ubrał się w mundurek szkolny ,na którym widniało logo Slytherinu. Założył zielono-srebrny krawat, i wraz z Scorpiusem poszedł do Wielkiej Sali na śniadanie. Przed tym jednak poszedł z nim do tablicy ogłoszeniowej by zobaczyć jakie są jego i innych pierwszorocznych Ślizgonów, pierwsze lekcje. Były to Transmutacja, Obrona przed Czarną Magią i Eliksiry oraz Latanie na miotle. Najbardziej ucieszył się z tego ostatniego. Zeszłego lata rodzice wysłali go na obóz przetrwania dla przyszłych, młodych uczniów Hogwartu. Tam uczył się niektórych zaklęć i latania na miotle.
   Kiedy zszedł po schodach prowadzących do Sali Wejściowej powitał go widok zestresowanego Jamesa. Chodził w kółko, miał rozczochrane włosy, jakby przez miesiąc ich nie czesał. Krawat miał nierówno ułożony i źle zapiętą koszulę. Miał wory pod oczami, a każdy przechodzący obok niego Gryfon rzucał mu nienawistne spojrzenie. Kiedy zobaczył brata jeszcze bardziej się zestresował. Al na jego widok stanął w osłupieniu na środku.
   -Zaczekam na Ciebie w Wielkiej Sali. Usiądę tam gdzie ostatnio. -powiedział nagle Scorpius. -Myślę, że powinieneś z nim porozmawiać.
   -Dobra. -odpowiedział Albus, i Scorpius zostawił go na schodach.
   Al długo stał tak w osłupieniu. Nie wiedział na co czekał. Kilka uczennic Gryffindoru przechodziło obok niego śmiejąc się. Nagle zatrzymały się przy nim. Jedna z nich miała na twarzy złośliwy wyraz twarzy. Przypatrywała mu się, aż nagle przykleiła mu do czoła gumę do żucia. Na to powiedziała głośno:
   -Ups! Coś Ci się przykleiło do twarzy.
   Jej koleżanki wpadły w rechot. Niby nigdy Albus i James nie obdarowywali się wielką braterską miłością, wręcz nie odzywali się do siebie dużo, ale to jego brat.  Albus podszedł do dziewczyny. Była to Lucy Smith. Stanął przed bratem. Odkleił mu od twarzy gumę.
   -Myślisz, że to takie śmieszne? -spytał nadal trzymając gumę w dłoni.
   -Tak. -powiedziały chórem ona i jej koleżanki. Zaczęły się oddalać.
   Albus zdruzgotany przykleił jej tą gumę do włosów. Lucy tego nie zauważyła, jej koleżanki również. Otworzyły drzwi do Wielkiej Sali, lecz po chwili się zamknęły. Nagle zza nich wybuchł głośny śmiech. Drzwi ponownie się otworzyły i wybiegła z nich Lucy, a za nią jej koleżanki próbujące odkleić gumę od jej włosów, które miały zielony kolor.
   -Ups. -powiedział Al powstrzymując z trudem śmiech.
   -Dzięki. -powiedział James. Głos mu się łamał, a brzmiał jakby wypił sto kufli piwa kremowego.
   -Od czegoś w końcu masz brata. -powiedział pocieszająco Albus.
   James i Albus usiedli na schodach i przyglądali się swoim butom.
   -Szkoda, że ja nie dałbym rady tak się zachować. -powiedział James.
   -Bez przesady. -powiedział Al. -Ale o co im wszystkim chodzi? -spytał Albus zdezorientowany.
   -O słowa Tiary. Poprosiłem Ją, żeby mnie przydzieliła do Gryffindoru. Powiedziała mi na to, że to ,,ostatni raz, Potter''. Teraz wszyscy Gryfoni się ode mnie odwrócili. A nawet Puchoni i Krukoni! 
   -I to im wystarczyło? -spytał ze zdziwieniem Albus.
   -Najwidoczniej tak. -burknął James.
   -Myślę, że za bardzo przejmujesz się opinią innych. -pocieszał go Albus.
   -Masz rację. -westchnął starszy brat Albusa. -Czy wysyłałeś list do rodziców? -spytał niespodziewanie James.
   -Tak ale skąd to pytanie? -zdziwił się Albus.
   James wskazał na białą sowę, która podlatywała z nadzieją, do każdego przechodzącego obok ucznia, aby przekonać się, że to Al. Kiedy zobaczyła, że to nie jest jej prawowity właściciel zwieszała smutno główkę. Jednak, gdy ujrzała innego ucznia sytuacja powtarzała się. W końcu zobaczyła Jamesa i Albusa, którzy patrzyli na nią wzrokiem ,,Na pewno dobrze się czujesz?''. Sówka imieniem Hedwiga podleciała do Albusa, i usiadła na jego przed ramieniu. Przechyliła główkę i dopiero wtedy wyciągnęła do przodu nóżkę, do której przywiązany był list. Chłopiec odwiązał list. Najwidoczniej słowa Scorpiusa sprawdziły się i rodzice chłopców nie przejęli się mocno wyborem Tiary.

Drogi Albusie
Mam nadzieję, że słowa tej starej czapki nie przejęły Cię. My zawsze Cię będziemy kochać, bez względu na to czy będziesz w Slytherinie, czy Gryffindorze. Nie będę Cię dalej zanudzał. Dla mnie pierwszy dzień w Hogwarcie był męczący.
Tata

   Kiedy bracia przeczytali list odetchnęli z ulgą.

* * *
   -I co? Pomogłeś mu? -spytał Scorpius kiedy Al usiadł obok niego.
   -Myślę, że tak. -powiedział Al nie powstrzymując się od wzięcia wielkiego kęsa jajecznicy. -Ale naprawdę mi go żal. Wszyscy jego przyjaciele byli fałszywi.
   -Nie trafił dobrze. -potwierdził to Scorpius.
   -Lepiej kończcie jedzenie. Zaraz spóźnimy się na Transmutację.
   Wstali od stołu i poszli pod salę od Transmutacji. Ledwo zdążyli; drzwi klasy prawie się zamknęły. Chłopcy przedostali się przez nie w ostatnim momencie. Na biurku stała sowa konkretnie puchacz. Nagle na jej miejscu pojawił się mężczyzna o szczupłej twarzy i brązowych włosach. Ubrany był w garnitur, a na ramieniu miał kilka piórek. Nazywał się Robert Stuart.
   Scorpius i Albus usiedli w jednej ławce, a Louis usiadł obok jakiegoś Puchona. Albus zobaczył Rose i Roxanne w pierwszej ławce. Roxanne jak zwykle miała na nogach glany.
   Profesor zauważył to i od razu rzekł:
   -Panno Weasley...
   -Tak? -spytały równocześnie Rose i Roxanne.
   -Roxanne Weasley. -dokończył nauczyciel.
   -Ach. -powiedziała Roxanne wstając z krzesła.
   -Takie obuwie do szkoły nie jest wskazane. -rzekł z poważną miną.
   -Wiem, przepraszam profesorze. Po prostu moje buty się skurczyły i nie miałam innych.
   -Dobrze następnym razem masz przyjść w odpowiednich butach. Siadaj -powiedział i Roxanne usiadła. -Witajcie pierwszoroczni, nazywam się Robert Stuart, będę Was uczył Transmutacji. -rzekł z irlandzkim akcentem.
   Klasa odpowiedziała głuchą ciszą.
   -Dzień dobry profesorze Stuart. -powiedział nauczyciel.
   -Dzień dobry profesorze Stuart. -powtórzyła klasa mozolnie.
   -Na początek lekcji proste pytanie. Kto lub co to jest animag?
   Rose, Roxanne i Scorpius oraz Albus zgłosili się do odpowiedzi. Profesor wskazał na Scorpiusa, aby udzielił odpowiedzi.
   -Animag to czarodziej, który ma możliwość zmieniania się w jedno konkretne zwierzę. -odpowiedział Scorpius.
   -Bardzo dobrze panie Malfoy. A ktoś wie...
   Tak z resztą wyglądała ta lekcja; pan Stuart zadawał pytania a jedno z tej czwórki odpowiadało, gdyż reszta klasy była zainteresowana szczurem, który usiłował wydostać się z klatki.

* * *

     -Witajcie uczniowie. -przywitała ich pani McFlyer, nauczycielka latania na miotle. -To będzie pierwsza lekcja, na której nauczycie się latać na miotłach. Stańcie po prawej stronie miotły, wyciągnijcie rękę nad nią i powiedzcie: Do mnie! -powiedziała a cała klasa powtórzyła jej słowa. 
     Tylko nielicznym się udało m. in. Albusowi, Scorpiusowi i Roxanne. Rose zaś nigdy nie przepadała za tym przedmiotem. Jej miotła wiła się na boki, praktycznie wszędzie, tylko nie do jej ręki. 
     -Dobra. Wskakujcie na miotły. -powiedziała pogodnie pani McFlyer. -Mocno się trzymajcie. Nachylcie się nad trzonkiem, oderwijcie stopy od ziemi i wylądujcie. To jest Wasze zadanie na dziś. 
     Albus, Scorpius i Roxanne wykonali to zadanie bez problemów. Profesor McFlyer przyglądała im się uważnie. W końcu podeszła i powiedziała: 
     -Po lekcji podejdziecie do mnie. Musimy coś ustalić. 
     Nie wiedzieli co myśleć. Mają się nie przejmować, cieszyć czy smucić? Profesor McFlyer była zagadkową kobietą, potrafiła uśmiechać się a jednocześnie wyglądać bardzo poważnie. Z reguły miała wesoły wyraz twarzy, lecz jej mimika była bardzo tajemnicza. 
     Kiedy lekcja się skończyła trójka uczniów podeszła do nauczycielki. 
     -Ach to Wy. -powiedziała profesor. -Poczekajcie tu na mnie. Za moment wrócę. Możecie w tym czasie polatać. Wzruszyli ramionami i wsiedli na miotły. Albus odnalazł w kieszeni piłkę kauczukową. Wpadł na pewien pomysł. 
     -Hej, Scorpius! -powiedział a chłopiec zwrócił na niego uwagę. 
     Al rzucił piłeczkę. Scorpius zrozumiał i poleciał za nią. Kiedy miał już ją w ręce zwrócił się do Roxanne: 
     -Roxanne, podanie! 
     Dziewczyna ze zwinnością kota złapała piłkę w locie i podała ją Albusowi. 
     Grali tak aż w końcu usłyszeli chrząknięcie. Zobaczyli profesor McFlyer, która z zachwytem przypatrywała się swoim uczniom. 
     -Nigdy w całej mojej karierze nie widziałam takiej gry. I to piłką kauczukową! Chciałabym żebyście przyszli na naboru do składu drużyny. Termin będzie ogłoszony jutro na tablicy ogłoszeniowej. 
     -Dziękujemy, pani profesor. -powiedziała uprzejmie Roxanne. 
     Na tym rozmowa zakończyła się. Czwórka czarodziejów poszła w różne strony. 


* * *

   Chłopcy dopadli do łóżek w błyskawicznym tempie. Obaj byli wykończeni dzisiejszym dniem. Ledwo przebrali się w piżamy już zasnęli głębokim snem. 

Adminka Mrs. Malfoy ;3 
Przepraszam, że tak późno. Nie odpuściłabym sobie, gdybym nie obejrzała meczu. Czy tylko ja jestem załamana grą Reprezentacji Polski? Proszę o zostawianie komentarzy i odwiedzanie mnie jak najczęściej.